Upał nie dawał nam poczucia komfortu, do tego kamienie, które wlatywały nam między stopy a podeszwę. Szliśmy juz ponad 2 godziny, aż tu nagle ukazała nam się błękitna tafla wody między stokami. Mówię do moich współtowarzyszących: oho, panowie, zaraz będziemy na miejscu. Musieliśmy zejść po skalistych schodach o różnej wysokości, jednak kiedy znaleźliśmy się na samym dole zgubiliśmy orientacje. Słychać było jednak szum morza dochodzący z jednego tunelu w lesie. Poszedłem sprawdzić czy to aby nie cel naszej wędrówki? Szedłem dość szybko i powiem wam, że czułem się dosłownie jak bohater gry typu Tomb Raider czy Uncharted. Jedna wielka dżungla, przeskakiwanie z kamienia na kamień, coś przypominającego liany i strumyk płynący gdzieś z boku. Magia. Okazało się, że dobiegłem na plaże ale oddaloną od Cala Luny o dobry kilometr. jeden z członków życzliwej włoskiej rodziny, która zacumowała tam swój jacht wytłumaczył mi jak mamy dotrzeć do celu. Wydawało się proste, jednak jak zobaczyliśmy dalszą trasę, mając świadomość swojego zmęczenia zwątpiliśmy w nasze możliwości, jednak szliśmy dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy stromy stok, na który wg wskazówek mieliśmy się wspiąć. Nasi znajomi już od godziny byli u celu. My - zgubiliśmy się. Jedna wielka rozpacz, poczucie bezradności wobec natury i totalne zmęczenie. Przesiedzieliśmy w miejscu dobre pół godziny i dopiliśmy ostatnią butelkę wody jaką mieliśmy. Nie mogliśmy tak bezczynnie siedzieć, albo idziemy dalej albo wracamy. Jeden z kolegów poszedł zobaczyć co jest za górką, niestety nie było tam bunkrów, zajebiście tym bardziej nie było. Strome zbocza pokryte jakąś roślinnością i zero jakichkolwiek oznak szlaku czy ścieżki prowadzącej nas do celu. Jedynym bezpiecznym pomysłem i szansą na uratowanie życia był powrót do wcześniej wspomnianej plaży, gdzie spotkałem włoską rodzinę z łodzią. Nie wiem co o nas pomyśleli, ale byli dla nas jak zbawienie. My byliśmy gotowi oddać wszystko za to by zabrali nas z tego miejsca. Wytłumaczyliśmy im swoją sytuację licząc, że zrozumieją. Po chwili znaleźliśmy się na jachcie i płynęliśmy w kierunku naszego celu. Koniec końców o 17 czyli po 6 godzinach tułaczki w skalistym lesie, który został przez nas przeklęty spektakularnie wpłynęliśmy na Cala Lunę. To była niesamowita przygoda, która kosztowała nas trochę strachu, potu i siły. Ale warto było. Poniżej kilka zdjęć po dotarciu na miejsce:
Do Cala Gonone wróciliśmy ostatnim rejsem, który kosztował nas 5 albo 10 euro. Mam prawo nie pamiętać
:) Wszyscy wróciliśmy do miasta padnięci, nie było mowy o kolejnej nocce na plaży bez prysznica i pożądanej kolacji. Ci którym pozostały resztki sił ruszyli na poszukiwanie kwater. Wynajęliśmy 2 apartamenty za 12 euro od osoby za noc u pewnej Niemki, która siedzi w Cala Gonone od parunastu lat. Ten wieczór był krótki, bo szybko położyliśmy się spać po dniu pełnym wrażeń. Następne dwa dni odpoczywaliśmy i nastrajaliśmy się przed wyjazdem do Alghero skąd mieliśmy samolot do Girony.
Nocka na lotnisku w Alghero (o 1-4 lotnisko jest zamknięte) po czym wczesnym rankiem odlecieliśmy w kierunku Katalonii. Łączny koszt transportu autobusowego na wyspie wyniósł nas +/- 30euro.
Barcelona miała być imprezowym punktem wycieczki. Może faktycznie takim była, mi jednak średnio odpowiadał bijący zewsząd tłum pijanych ludzi. Ale od początku. Na lotnisku Costa Brava wylądowaliśmy 3 sierpnia po 9 rano, a w samej Barcelonie byliśmy w okolicach godziny 11. Koszt autobusu OW - 15 euro. Wysiedliśmy na dworcu głównym i po omacku szukaliśmy hostelu, w którym mieliśmy zarezerwowane trzy noclegi w sześcioosobowym pokoju. Mieścił się on na 5 piętrze kamienicy przy Avenida Diagonal. Hostel prowadzony przez młodego hindusa, pokoje dość czyste i przestronne ale również tanie, bo po 10 euro za noc od osoby. Po Barcelonie warto spacerować, a na dłuższe trasy korzystać z metra. Plaże w tym mieście pełne ludzi są o 20, kiedy jeszcze ostatnie promyki słońca sięgają tego zakątka Europy. Po zachodzie słońca, a bliżej północy wszyscy przenoszą się do klubów i dyskotek.
Wieczorową porą wyłaniają się dilerzy, choć w ciągu dnia w okolicach wcześniej wspomnianej plaży też z łatwością można ich znaleźć. Generalnie pisząc o Barcelonie wiele pozytywnych rzeczy chciałoby się powiedzieć, to miasto idealne dla osób pragnących rozerwać się na kilka dni. Jest tu całe mnóstwo młodzieży wszelkich nacji, a siedząc na plaży bez zbędnego wysiłku można zaobserwować, że samoloty na lotnisku El Prat lądują w stałym odstępie czasowym. Zachęcam do odnalezienia (niekoniecznie przy głównej ulicy) knajpki dla tubylców, gdzie serwowane są tapasy i piwo w atrakcyjniejszej cenie niż przy zatłoczonych alejach. Mankamentem lub zaletą może być to, że często w tego typu knajpkach możemy nie dogadać się po angielsku
:)
Jeśli ktoś kogo na plaży zaczepił człowiek oferujący jedyną w swoim rodzaju imprezę w największym klubie na wybrzeżu ma zamiar skusić się na taką ofertę to mam radę: zamiast od razu wydać 10 euro na bilet za gratisowego drinka udawaj, że nie jesteś zdecydowany ale podtrzymuj rozmowę, bądź miły i uśmiechnięty a otrzymasz ten bilet gratis. Prosty sposób, by zaoszczędzić trochę grosza i do tego się zabawić. Nie wyciągajcie od razu pieniędzy, udawajcie zainteresowanych, ale nie dajcie przekonać się do zapłacenia za 'bilet wstępu'. Co do zabytków, jeśli podczas porannego zwiedzania rozpraszał cię tłok zebrany przed Sagradą to zwyczajnie pojedź tam w nocy, Sagrada będzie tylko dla ciebie (oczywiście z zewnątrz). Po trzech intensywnych nocach spędzonych w Barcelonie dnia 6 sierpnia w godzinach porannych odjechaliśmy taksówką na lotnisko El Prat skąd o 15:23 odlecieliśmy rejsem EZY 7696 w kierunku Lizbony. Nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po tym kraju. Przyznam, że wcześniej tylko raz byłem w Portugalii i znałem ją jedynie od strony typowo wypoczynkowej (plaża w Nazare). Po ok. godzinie i czterdziestu minutach byliśmy już na lotnisku Portela w okolicach Lizbony. Okropnie wiało od Atlantyku gdy podchodziliśmy do lądowania i gdy samolot krążył nad miastem wpadliśmy na kilka uskoków w powietrzu.
Bem-vindo a Portugal!
Zielony aerobus był podstawiony pod terminalem, bilet w kierunku starego miasta kosztuje 3 euro, jeśli dobrze pamiętam. Podczas jazdy autobusem studiowaliśmy mapę, ponieważ kompletnie nie mieliśmy pojęcia gdzie wysiąść ani gdzie autobus aktualnie się znajduje. Po chwili znaleźliśmy się na głównym placu starego miasta gdzie wysiedliśmy. Krążyliśmy kilka minut pomiędzy kolorowymi uliczkami zanim odnaleźliśmy nasz hostel, który znajdował się przy Rua da Fe. Ku naszemu zdziwieniu jego lokalizacja była naprawdę atrakcyjna. Szybko zameldowaliśmy się zapłaciliśmy i wyruszyliśmy zweryfikować ceny w okolicznych restauracjach i sklepach. CO do hostelu: były to pokoje w prywatnym mieszkaniu po 9 euro za noc od osoby (pokoje 2-osobowe ze wspólną łazienką i kuchnią na zewnątrz zarówno dla gości jak i domowników). Nie był to najładniejszy hostel w jakim do tej pory przebywałem, ale było tam cicho i spokojnie. Wieczorami można było nadziać się na całą rodzinę domowników podczas spotkania w salonie, przez który trzeba było przejść do kuchni czy toalety. Było naprawdę śmiesznie
:)
Nastał wieczór, zafascynowani cenami, które zastały nas w Lizbonie nareszcie zjedliśmy normalny obiad w przystępnej cenie, a grzechem było nie skorzystanie z promocyjnych cen alkoholi. Dziwne było to miasto, nie dość, że w hostelu czuliśmy się jak w zakładzie psychiatrycznym, do tego niesamowicie atrakcyjne ceny (po przeliczeniu porównywalne do naszych) do tego wieczory były okropnie zimne. Bez swetra czy bluzy nie dało się siedzieć nad brzegiem morza a nawet wyjść na spacer uliczkami tego urokliwego miasta. Dodam, że był to początek sierpnia. Nazajutrz z samego rana ruszyliśmy w miasto. Dodam, że spędziliśmy tu tyle samo czasu co w Barcelonie, choć z ręką na sercu wolałbym zostać tu jeszcze kilka dni. Zobaczcie sami:
Dosłownie wszędzie były kafelki, kostka granitowa i spokój. Jeśli kręciliśmy się w obrębie starego miasta, to nie sposób było dostrzec zamęt czy zgiełk panujący na ulicach innych dużych miast Europy, a co dopiero stolic. To niesamowicie kolorowe i wesołe miejsce choć nie najczystsze. Bowiem są miejsca w Lizbonie, które przypominają śmietnik, dosłownie śmieci leżą na ulicy. Nie wiem z czego to wynika, pomimo tego warto zagłębić się w każdy nawet najbardziej zasyfiony zakątek tego miasta.
Okazją do dłuższego spaceru może być wycieczka na drugą stronę do Almady. Podjęliśmy się tego wyzwania jednak dotarliśmy jedynie do Mostu 25 de Abril co zajęło nam kilka godzin w tym przerwy. Po drodze minęliśmy port i kilka głównych ulic gdzie również nie brakowało kolorowych akcentów.
W drodze powrotnej odleźliśmy jeden z trzech parków zaznaczonych na mapie, który przypominał jedną wielką dżunglę. Rzędy różnych rodzajów palm czy drzew z lianami poprzecinane asfaltowymi ścieżkami. Koniecznie musicie się tam wybrać przy okazji pobytu w Lizbonie.
Wyjeżdżając w kierunku lotniska po 3 nocach spędzonych w Lizbonie, mając świadomość tego, że następne 5 dni spędzę w Paryżu odczuwałem spory niedosyt. Może to i dobrze, bo przynajmniej mam zamiar odwiedzić to miasto ponownie tym razem na psokojnie w najbliższej przyszłości na kilka dni, by móc jeszcze raz rozkoszować się pięknem zakątków portugalskiej stolicy. Nie udało nam się przejechać tramwajem, które są niejako symbolem Lizbony, udało mi się jedynie uwiecznić je na kilku fotografiach.
Lizbonę po raz ostatni zobaczyliśmy o 13 20 z lotu ptaka kiedy wznieśliśmy się w powietrze w kierunku Madrytu gdzie zjedliśmy lekki obiad po czym wsiedliśmy do samolotu linii easyJet, który o 20 40 wylądował na lotnisku Roissy Charles de Gaulle pod Paryżem. To był ostatni punkt naszej podróży. Jako że w ciągu całej edukacji skrupulatnie przyswajaliśmy słówka oraz gramatykę języka francuskiego to bez większego problemu wynegocjowaliśmy atrakcyjną cenę transportu do centrum, gdzie czekała na nas kawalerka na 6 piętrze kamienicy z widokiem na Plac de la Nation. W mieszkaniu byliśmy ok. 22. Wieczór był dość ciepły i pogodny więc po szybkim prysznicu wyruszyliśmy na spacerek po okolicy by móc ustalić gdzie znajdują się stację metra etc. Ostatecznie skończyliśmy z butelką szampana na Placu Bastylii. Naprawdę doceniam Paryż, jednak mimo wszystko uważam, że jest to miasto zbyt zatłoczone w sezonie letnim w godzinach południowych. Ktoś złośliwy mógłby zapytać: dlaczego nie zastosowaliście wspaniałomyślnego zwiedzania nocą? Wybaczcie, ale po 16 dniach tułaczki nie mieliśmy już siły na zwiedzanie nocne jak to było w Rzymie czy Barcelonie. Natomiast następnego dnia, po obfitym śniadaniu ruszyliśmy w miasto. Pogodę mieliśmy idealną i jak to w naszym przypadku często bywało woleliśmy pokonywać trasę do celu na piechotę niżeli metrem czy autobusem. Z transportu publicznego korzystaliśmy w ostateczność w przypadku całkowitego braku sił, tak dla oszczędności środków, sportu i lepszego poznania miejsca. W Paryżu byliśmy od wieczora 9 sierpnia do poranku 14 sierpnia. Według mnie to idealnie wyważony czas na Paryż zwiedzany na własną rękę. Za nocleg zapłaciliśmy 200 euro/6os/4noce czyli jakieś 8 euro za noc. Mieszkanie mieściło się na ostatnim (szóstym) piętrze w kamienicy. Myślicie sobie: WOW co za cena! Sprostuje to: mieszkaliśmy 6 osób w kawalerce na poddaszu 18m2 ale dla grupy młodych chłopaków nie był to problem. Wchodząc do pokoju w środku nocy, można było zobaczyć jedno wielkie łóżko złożonym z kanapy i materaców. Ostatnią noc spędziliśmy na lotnisku Orly z racji tego, że wylot mieliśmy o 8 rano. Paryż z naszego punktu widzenia wyglądał tak:
Mega spoko wypad, chociaż za 4200 to wybrałbym się na 2 tygodnie do Ameryki Południowej, ale kto co woli
:)Co do Hiszpanii, to źle wybraliście, żeby poznać ten cudowny kraj. Barcelona jest do kitu!Na przyszłość polecam płd-zach wybrzeże albo południe po prostu
:)Fajnie napisane, miło się czyta.
Z Luwrem tez trochę zawaliliście, bo do 26 roku życia macie wstęp za free
:) Ale bardzo fajna relacja, prawdopodobnie będę miał parę pytan o Paryż to się odezwę na privie.
kleyo napisał:Z Luwrem tez trochę zawaliliście, bo do 26 roku życia macie wstęp za free
:) Ale bardzo fajna relacja, prawdopodobnie będę miał parę pytan o Paryż to się odezwę na privie.o dobrze wiedzieć, bo w planach mam wybrać się w tym roku do Paryża właśnie ze względu na to by zajżeć do Luwru.
adrenalbooster napisał:fajny opis, fajne zdjęcia!możesz mi napisać, gdzie w paryżu jest ten 'taras' z widokiem na miasto (ze zdjęcia)?z góry dzięki:)jest to Place de Belleville.
Bardzo fajnie, jak będzie wolny apartament w którym byliście w Rzymie to może też się w nim zatrzymam na koniec stycznia
:)PS: Krutko o apartamencie. - poprawcie to zdanie, razi w oczy
:roll:
Kapitalna relacja i świetne foty, planuje coś podobnego w tym roku tylko szukam chętnych wśród znajomych, widać po Was, że w grupie lepiej!Można wiedzieć czym pstrykaliście? Po informacjach w fotkach widzę, że Nikon D700, a obiektyw wnioskuje 17-50, tylko jaki ?Pozdro
Pozostaje mi się zgodzić z przedmówcami. Relacja faktycznie świetna ale zdjęcia są po prostu genialne. Niektóre ujęcia, widać że ktoś ma do tego wyobraźnię. Sprzęt sprzętem ale pomysł na fajny kadr ma się w głowie. Wielkie gratulacje! Co do Hiszpanii to tak jak ktoś już wspomniał, polecam południe, Andaluzja, Sewilla.Pozdrawiam
Shadow napisał:Kapitalna relacja i świetne foty, planuje coś podobnego w tym roku tylko szukam chętnych wśród znajomych, widać po Was, że w grupie lepiej!Można wiedzieć czym pstrykaliście? Po informacjach w fotkach widzę, że Nikon D700, a obiektyw wnioskuje 17-50, tylko jaki ?Pozdropod d700 obiektyw DX 17-50 nie dałby rady, bo d700 to FX. zawsze na wyjazdach mam ze sobą zestaw: Zenitar fisheye 16mm f/2,8 , Sigma 17-35 EX f/2,8-4, Tamron 28-75 f/2,8 oraz stałkę Nikkor 50mm f/1.4 lub Nikkor 70-300 VR (choć dwóch ostatnich na eurotripa ze sobą nie zabrałem ze względu na zbyt mały bagaż, zresztą podręczny).
No chłopaki, spoko wyprawa. Co do Lizbony - zajebiste miasto. W ogóle cała Portugalia jest w dechę. Sardynia, po tych kilku zdjęciach, to kolejny mój cel podróży.Życzę powodzenia!
oczywiście, że się boję, ale podczas kimania pod namiotem zwyczajnie na nim śpie, a torba najczęściej jest przywiązana do mojego tłowia albo ręki. nie wyobrażam sobie wyjazdu bez aparatu:) obiektywy rozdaję znajomym do ich podęcznych, bo sam bym nie wyrobił zarówno z wagą jak i pojemnością:P
Fajnie widzieć, że maturzyści jednak potrafią się zebrać i zrobić coś konstruktywnego cykając przy tym świetne zdjęcia - zamiast siąść pod budką z piwem i biadolić że życie ciężkie. +1 dla Was chłopaki
:)
piękne zdjęcia i świetny wypad
:) długo przygotowywaliście się wyjazdu? bilety, plan trasy?przede mną organizacja pierwszego miesięcznego wyjazdu i jestem na etapie zaczytywania się w forach więc każde informacje będą pomocne
;)
dziękuję wszystkim za miłe słowa
:)szyszka.lesna: to zależy pod jakim względem, loty mieliśmy zaklepane już w marcu, choć niepotrzebnie się z tym aż tak pośpieszyliśmy, bo mogliśmy zaoszczędzić kilka złotych. Co do noclegów: tu potrzeba więcej czasu by wygrzebać dobrze ulokowaną miejscówkę w dobrej cenie. Oczywiście są miasta, w których nocleg można znaleźć w każdym przedziale cenowym od ręki, przykładem może być Lizbona. Jednak jak wszystkim wiadomo chcieliśmy znaleźć noclegi w jak najatrakcyjniejszej cenie i dobrej lokalizacji, więc pisaliśmy z osobna do wielu użytkowników airbnb.com z zapytaniami czy obniżą cenę lub przyjmą 6 osób w 2-4 osobowym mieszkaniu przedstawiając im swój plan podróży i główne założenia wyprawy. Z reguły za dziesiątym mailem ktoś się zgadzał. Nie powiem, bo pochłaniało to dosyć dużo czasu. Warto było, bo jak już wspominałem koszty noclegów na 21 dni zamknęły się w 500pln od osoby w naprawdę przyzwoitych warunkach, choć czasem było trochę ciasno (Paryż).Gio: tak naturalnie, aktualnie jestem na etapie planowania trasy pomiędzy Bombajem a Leh, bilety do Mumbaju udało się nam zakupić w atrakcyjnych cenach w promocji Saudi Airlines jakieś 3 miesiące temu. Natomiast wyjazd ma się odbyć na przełomie sierpnia i września. Ponadto planujemy kilkudniowe wypady min na fiordy nieopodal Stavanger.nrm: nie, my w samolocie najczęściej śpimy
:)Silent: dzięki
;) co do Sardynii, to sam na pewno tam wrócę i polecam każdemu.
wielkie dzięki za relację - gratuluję wyprawy. zdjęcia super!to one przekonały mnie przed chwilą do zakupu biletów z Mediolanu na Sardynię
:)wahałam się, chodziłam jak pies koło jeża... - ale obejrzałam Twoje zdjęcia jeszcze raz i... jadę na majówkę!
:)
pasadena napisał:wielkie dzięki za relację - gratuluję wyprawy. zdjęcia super!to one przekonały mnie przed chwilą do zakupu biletów z Mediolanu na Sardynię
:)wahałam się, chodziłam jak pies koło jeża... - ale obejrzałam Twoje zdjęcia jeszcze raz i... jadę na majówkę!
:)Z ciekawości jakie ceny udało Ci się uzyskać na majówkę i jaki dokładnie termin?
Easyjet: Mediolan Malpensa-Olbia.wylot 27/04 - powrót 07/05 - 618 PLN za 3 osoby (tylko podręczny)poszukaj na forum "patent krakowski" - wychodzi nieco taniej niż bez niego.+ dziś kupiłam Ryanairem: RT Poznan-Mediolan/Bergamo już "drogo" jak na ten kierunek (RT 250 PLN/os) - ale nie mam nerwów czekać aż spadną ceny...
:) tak czekałam na Kretę z Modlina, połasiłam się na 50 PLN a ceny wzrosły do ponad 800 PLN...Z Mediolanu tanio, ale do Mediolanu dostać się na majówkę to cenowo średnio (szczególnie z Warszawy
:( )...wiem, że ceny "fluktuują", ale mam dość codziennego sprawdzania tych samych połączeń
:)
hehe, mam to samo, choć wolałbym coś bezpośrednio z BERLINA, bo wtedy można by jakiś bagaż dokupić (przy przesiadkach za dużo dopłat do bagażu na każdy odcinek). Ceny na wszystkie fajne wysepki po 700-1000zł od osoby. Jedynie Majorka za 520zł... Ceny takie jak Ty znalazłem, ale racja, że drogie doloty do BGY. Dzięki za informację, szukam dalej i życzę miłego wypoczynku :0
Z Olbii niedaleko do Cala Gonone, polecam małą wycieczkę w te rejony:) a grzechem będzie niezobaczenie wysepki La Maddalena, do której nam nie udało się dotrzeć.
Świetna relacja, a zdjęcia rewelacyjne!Szkoda, że na Sardynii byliście tak krótko i tak mało wiedzieliście. Byłem tam już dwukrotnie i w tym roku również planuję tam być
;)Dla osób zainteresowanych Sardynią - moje dwie fotorelacje:www.wiktor.ch/sardynia-2012/www.wiktor.ch/sardynia-2011/Poza sezonem wyspa naprawdę jest tania.
to prawda Sardynia jest piękna i jak ją opuszczaliśmy to trochę żałowałem, że już stamtąd uciekamy jednak i tak się cieszę, że znalazła się ona na naszym szlaku. Teraz przynajmniej wiem, że w Europie są miejsca, które potrafią zaskakiwać i sprawić, że brakuje tchu
:) Na pewno tam wrócę, choć prawdopodobnie nie w tym roku.
Większość relacji z lowcostowych podróży jest strasznie sucha. Ogranicza się do opisu kto, jak i za ile dostał się dostał na lotnisko, o której wstał i ile wydał na jedzenie w knajpie. Wszystko uzupełnione zdjęciami z widoków, które każdy zna na pamięć. Bardziej traktuje to jako prywatne przewodniki. Tutaj jest zdecydowanie lepiej. Relacja jest barwna, a „bohaterzy” przedstawieni już na pierwszym zdjęciu.
;) Zdjęcia nie dość, że ciekawe, niebanalne to jeszcze świetne jakościowo. Brawa dla autora, dobrze się to czyta i ogląda.Co do samej wycieczki to pomysł fajny, ale jego koszty już mniej. Gdybyście zdecydowali się na nią zaraz po napisaniu matur w maju, to zarówno loty jak i noclegi wyszłyby sporo taniej. No i wypilibyście mniej wody na Sardynii.
;)
zgadza się, w maju uniknelibyśmy też takiego tłumu turystów i upałów, jednak musieliśmy kiedyś zarobić pieniądze na wyjazd. Popracowaliśmy od czerwca do sierpnia i dopiero wtedy mogliśmy ruszać.
Rewelka. Gratuluję fajnej ekipy, pomysłu, realizacji, i oczywiście zdjęć. Ale i tego, że mieliście chęć wydania kasy na 3 tygodnie multi podróży, bez liczenia każdego grosza.
Trudno nie mieć chęci, jeśli w wieku 19 lat dostaje się 4 tys. na wyjazd. A zaraz potem na Indie.Oczywiście nie chcę, żeby zabrzmiało złośliwie i oczywiście dopuszczam możliwość, że maturzysta sam zarobił taką kasę
:P Wycieczka jak najbardziej na plus, ale jako że to forum lowcostowe, uważam że przepłacona.
mydlo93 napisał:zgadza się, w maju uniknelibyśmy też takiego tłumu turystów i upałów, jednak musieliśmy kiedyś zarobić pieniądze na wyjazd. Popracowaliśmy od czerwca do sierpnia i dopiero wtedy mogliśmy ruszać.Aj czy tak ciężko cofnąć się trzy posty wcześniej? Przecież autor wyraźnie napisał, że sami zarobili na ten wyjazd. Uważam też, że 4 tysiące jak na tyle miejsc, które odwiedzili nie jest wygórowaną kwotą.A co do tego, że forum jest lowcostowe też można by długo dyskutować...A swoją drogą fotorelacja bardzo fajna i mam nadzieje, że w przyszłe wakacje też odwiedzicie jakieś fajne miejsca, bo z niecierpliwością będę czekał na kolejne zdjęcia.
Diorkaeff i underwriter - uważam, że przepłaciliśmy jedynie za loty, bo można było złożyć tę trasę za połowę tego co my wydaliśmy. Może źle to nazwałem, zapłaciliśmy trochę więcej za składaka, którego ustaliliśmy sobie wg miejsc, które chcieliśmy odwiedzić a nie wg przypadku i najniższych cen jakie figurowały w systemie. Żyjąc 21 dni na walizkach, mając do opłacenia transport publiczny, wyżywienie i noclegi w jednym miejscu to z puli 580euro, uwierzcie, że ciężko było wyżyć bez liczenia każdego grosza. Kochani Europa do najtańszych nie należy zwłaszcza w sezonie i w miejscach typowo turystycznych. Jeśli wybierzecie się w taką podróż z podobną pulą pieniędzy na 21dni i uda się wam zejść poniżej tej kwoty to dowiecie się jakie warunki żywieniowe mieliśmy. Dodam, że najbardziej wykwintną potrawą podczas wyjazdu jaką jadłem bywały pizza lub kebab, zresztą nie codziennie, bo staraliśmy się robić makaron w mieszkaniu;)
Upał nie dawał nam poczucia komfortu, do tego kamienie, które wlatywały nam między stopy a podeszwę. Szliśmy juz ponad 2 godziny, aż tu nagle ukazała nam się błękitna tafla wody między stokami. Mówię do moich współtowarzyszących: oho, panowie, zaraz będziemy na miejscu. Musieliśmy zejść po skalistych schodach o różnej wysokości, jednak kiedy znaleźliśmy się na samym dole zgubiliśmy orientacje. Słychać było jednak szum morza dochodzący z jednego tunelu w lesie. Poszedłem sprawdzić czy to aby nie cel naszej wędrówki? Szedłem dość szybko i powiem wam, że czułem się dosłownie jak bohater gry typu Tomb Raider czy Uncharted. Jedna wielka dżungla, przeskakiwanie z kamienia na kamień, coś przypominającego liany i strumyk płynący gdzieś z boku. Magia. Okazało się, że dobiegłem na plaże ale oddaloną od Cala Luny o dobry kilometr. jeden z członków życzliwej włoskiej rodziny, która zacumowała tam swój jacht wytłumaczył mi jak mamy dotrzeć do celu. Wydawało się proste, jednak jak zobaczyliśmy dalszą trasę, mając świadomość swojego zmęczenia zwątpiliśmy w nasze możliwości, jednak szliśmy dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy stromy stok, na który wg wskazówek mieliśmy się wspiąć. Nasi znajomi już od godziny byli u celu. My - zgubiliśmy się. Jedna wielka rozpacz, poczucie bezradności wobec natury i totalne zmęczenie. Przesiedzieliśmy w miejscu dobre pół godziny i dopiliśmy ostatnią butelkę wody jaką mieliśmy. Nie mogliśmy tak bezczynnie siedzieć, albo idziemy dalej albo wracamy. Jeden z kolegów poszedł zobaczyć co jest za górką, niestety nie było tam bunkrów, zajebiście tym bardziej nie było. Strome zbocza pokryte jakąś roślinnością i zero jakichkolwiek oznak szlaku czy ścieżki prowadzącej nas do celu. Jedynym bezpiecznym pomysłem i szansą na uratowanie życia był powrót do wcześniej wspomnianej plaży, gdzie spotkałem włoską rodzinę z łodzią. Nie wiem co o nas pomyśleli, ale byli dla nas jak zbawienie. My byliśmy gotowi oddać wszystko za to by zabrali nas z tego miejsca. Wytłumaczyliśmy im swoją sytuację licząc, że zrozumieją. Po chwili znaleźliśmy się na jachcie i płynęliśmy w kierunku naszego celu. Koniec końców o 17 czyli po 6 godzinach tułaczki w skalistym lesie, który został przez nas przeklęty spektakularnie wpłynęliśmy na Cala Lunę. To była niesamowita przygoda, która kosztowała nas trochę strachu, potu i siły. Ale warto było. Poniżej kilka zdjęć po dotarciu na miejsce:
Do Cala Gonone wróciliśmy ostatnim rejsem, który kosztował nas 5 albo 10 euro. Mam prawo nie pamiętać :)
Wszyscy wróciliśmy do miasta padnięci, nie było mowy o kolejnej nocce na plaży bez prysznica i pożądanej kolacji. Ci którym pozostały resztki sił ruszyli na poszukiwanie kwater. Wynajęliśmy 2 apartamenty za 12 euro od osoby za noc u pewnej Niemki, która siedzi w Cala Gonone od parunastu lat. Ten wieczór był krótki, bo szybko położyliśmy się spać po dniu pełnym wrażeń. Następne dwa dni odpoczywaliśmy i nastrajaliśmy się przed wyjazdem do Alghero skąd mieliśmy samolot do Girony.
Nocka na lotnisku w Alghero (o 1-4 lotnisko jest zamknięte) po czym wczesnym rankiem odlecieliśmy w kierunku Katalonii. Łączny koszt transportu autobusowego na wyspie wyniósł nas +/- 30euro.
Barcelona miała być imprezowym punktem wycieczki. Może faktycznie takim była, mi jednak średnio odpowiadał bijący zewsząd tłum pijanych ludzi. Ale od początku. Na lotnisku Costa Brava wylądowaliśmy 3 sierpnia po 9 rano, a w samej Barcelonie byliśmy w okolicach godziny 11. Koszt autobusu OW - 15 euro. Wysiedliśmy na dworcu głównym i po omacku szukaliśmy hostelu, w którym mieliśmy zarezerwowane trzy noclegi w sześcioosobowym pokoju. Mieścił się on na 5 piętrze kamienicy przy Avenida Diagonal. Hostel prowadzony przez młodego hindusa, pokoje dość czyste i przestronne ale również tanie, bo po 10 euro za noc od osoby. Po Barcelonie warto spacerować, a na dłuższe trasy korzystać z metra. Plaże w tym mieście pełne ludzi są o 20, kiedy jeszcze ostatnie promyki słońca sięgają tego zakątka Europy. Po zachodzie słońca, a bliżej północy wszyscy przenoszą się do klubów i dyskotek.
Wieczorową porą wyłaniają się dilerzy, choć w ciągu dnia w okolicach wcześniej wspomnianej plaży też z łatwością można ich znaleźć. Generalnie pisząc o Barcelonie wiele pozytywnych rzeczy chciałoby się powiedzieć, to miasto idealne dla osób pragnących rozerwać się na kilka dni. Jest tu całe mnóstwo młodzieży wszelkich nacji, a siedząc na plaży bez zbędnego wysiłku można zaobserwować, że samoloty na lotnisku El Prat lądują w stałym odstępie czasowym. Zachęcam do odnalezienia (niekoniecznie przy głównej ulicy) knajpki dla tubylców, gdzie serwowane są tapasy i piwo w atrakcyjniejszej cenie niż przy zatłoczonych alejach. Mankamentem lub zaletą może być to, że często w tego typu knajpkach możemy nie dogadać się po angielsku :)
Jeśli ktoś kogo na plaży zaczepił człowiek oferujący jedyną w swoim rodzaju imprezę w największym klubie na wybrzeżu ma zamiar skusić się na taką ofertę to mam radę: zamiast od razu wydać 10 euro na bilet za gratisowego drinka udawaj, że nie jesteś zdecydowany ale podtrzymuj rozmowę, bądź miły i uśmiechnięty a otrzymasz ten bilet gratis. Prosty sposób, by zaoszczędzić trochę grosza i do tego się zabawić. Nie wyciągajcie od razu pieniędzy, udawajcie zainteresowanych, ale nie dajcie przekonać się do zapłacenia za 'bilet wstępu'. Co do zabytków, jeśli podczas porannego zwiedzania rozpraszał cię tłok zebrany przed Sagradą to zwyczajnie pojedź tam w nocy, Sagrada będzie tylko dla ciebie (oczywiście z zewnątrz). Po trzech intensywnych nocach spędzonych w Barcelonie dnia 6 sierpnia w godzinach porannych odjechaliśmy taksówką na lotnisko El Prat skąd o 15:23 odlecieliśmy rejsem EZY 7696 w kierunku Lizbony. Nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po tym kraju. Przyznam, że wcześniej tylko raz byłem w Portugalii i znałem ją jedynie od strony typowo wypoczynkowej (plaża w Nazare). Po ok. godzinie i czterdziestu minutach byliśmy już na lotnisku Portela w okolicach Lizbony. Okropnie wiało od Atlantyku gdy podchodziliśmy do lądowania i gdy samolot krążył nad miastem wpadliśmy na kilka uskoków w powietrzu.
Bem-vindo a Portugal!
Zielony aerobus był podstawiony pod terminalem, bilet w kierunku starego miasta kosztuje 3 euro, jeśli dobrze pamiętam. Podczas jazdy autobusem studiowaliśmy mapę, ponieważ kompletnie nie mieliśmy pojęcia gdzie wysiąść ani gdzie autobus aktualnie się znajduje. Po chwili znaleźliśmy się na głównym placu starego miasta gdzie wysiedliśmy. Krążyliśmy kilka minut pomiędzy kolorowymi uliczkami zanim odnaleźliśmy nasz hostel, który znajdował się przy Rua da Fe. Ku naszemu zdziwieniu jego lokalizacja była naprawdę atrakcyjna. Szybko zameldowaliśmy się zapłaciliśmy i wyruszyliśmy zweryfikować ceny w okolicznych restauracjach i sklepach. CO do hostelu: były to pokoje w prywatnym mieszkaniu po 9 euro za noc od osoby (pokoje 2-osobowe ze wspólną łazienką i kuchnią na zewnątrz zarówno dla gości jak i domowników). Nie był to najładniejszy hostel w jakim do tej pory przebywałem, ale było tam cicho i spokojnie. Wieczorami można było nadziać się na całą rodzinę domowników podczas spotkania w salonie, przez który trzeba było przejść do kuchni czy toalety. Było naprawdę śmiesznie :)
Nastał wieczór, zafascynowani cenami, które zastały nas w Lizbonie nareszcie zjedliśmy normalny obiad w przystępnej cenie, a grzechem było nie skorzystanie z promocyjnych cen alkoholi. Dziwne było to miasto, nie dość, że w hostelu czuliśmy się jak w zakładzie psychiatrycznym, do tego niesamowicie atrakcyjne ceny (po przeliczeniu porównywalne do naszych) do tego wieczory były okropnie zimne. Bez swetra czy bluzy nie dało się siedzieć nad brzegiem morza a nawet wyjść na spacer uliczkami tego urokliwego miasta. Dodam, że był to początek sierpnia. Nazajutrz z samego rana ruszyliśmy w miasto. Dodam, że spędziliśmy tu tyle samo czasu co w Barcelonie, choć z ręką na sercu wolałbym zostać tu jeszcze kilka dni. Zobaczcie sami:
Dosłownie wszędzie były kafelki, kostka granitowa i spokój. Jeśli kręciliśmy się w obrębie starego miasta, to nie sposób było dostrzec zamęt czy zgiełk panujący na ulicach innych dużych miast Europy, a co dopiero stolic. To niesamowicie kolorowe i wesołe miejsce choć nie najczystsze. Bowiem są miejsca w Lizbonie, które przypominają śmietnik, dosłownie śmieci leżą na ulicy. Nie wiem z czego to wynika, pomimo tego warto zagłębić się w każdy nawet najbardziej zasyfiony zakątek tego miasta.
Okazją do dłuższego spaceru może być wycieczka na drugą stronę do Almady. Podjęliśmy się tego wyzwania jednak dotarliśmy jedynie do Mostu 25 de Abril co zajęło nam kilka godzin w tym przerwy. Po drodze minęliśmy port i kilka głównych ulic gdzie również nie brakowało kolorowych akcentów.
W drodze powrotnej odleźliśmy jeden z trzech parków zaznaczonych na mapie, który przypominał jedną wielką dżunglę. Rzędy różnych rodzajów palm czy drzew z lianami poprzecinane asfaltowymi ścieżkami. Koniecznie musicie się tam wybrać przy okazji pobytu w Lizbonie.
Wyjeżdżając w kierunku lotniska po 3 nocach spędzonych w Lizbonie, mając świadomość tego, że następne 5 dni spędzę w Paryżu odczuwałem spory niedosyt. Może to i dobrze, bo przynajmniej mam zamiar odwiedzić to miasto ponownie tym razem na psokojnie w najbliższej przyszłości na kilka dni, by móc jeszcze raz rozkoszować się pięknem zakątków portugalskiej stolicy. Nie udało nam się przejechać tramwajem, które są niejako symbolem Lizbony, udało mi się jedynie uwiecznić je na kilku fotografiach.
Lizbonę po raz ostatni zobaczyliśmy o 13 20 z lotu ptaka kiedy wznieśliśmy się w powietrze w kierunku Madrytu gdzie zjedliśmy lekki obiad po czym wsiedliśmy do samolotu linii easyJet, który o 20 40 wylądował na lotnisku Roissy Charles de Gaulle pod Paryżem. To był ostatni punkt naszej podróży. Jako że w ciągu całej edukacji skrupulatnie przyswajaliśmy słówka oraz gramatykę języka francuskiego to bez większego problemu wynegocjowaliśmy atrakcyjną cenę transportu do centrum, gdzie czekała na nas kawalerka na 6 piętrze kamienicy z widokiem na Plac de la Nation. W mieszkaniu byliśmy ok. 22. Wieczór był dość ciepły i pogodny więc po szybkim prysznicu wyruszyliśmy na spacerek po okolicy by móc ustalić gdzie znajdują się stację metra etc. Ostatecznie skończyliśmy z butelką szampana na Placu Bastylii. Naprawdę doceniam Paryż, jednak mimo wszystko uważam, że jest to miasto zbyt zatłoczone w sezonie letnim w godzinach południowych. Ktoś złośliwy mógłby zapytać: dlaczego nie zastosowaliście wspaniałomyślnego zwiedzania nocą? Wybaczcie, ale po 16 dniach tułaczki nie mieliśmy już siły na zwiedzanie nocne jak to było w Rzymie czy Barcelonie. Natomiast następnego dnia, po obfitym śniadaniu ruszyliśmy w miasto. Pogodę mieliśmy idealną i jak to w naszym przypadku często bywało woleliśmy pokonywać trasę do celu na piechotę niżeli metrem czy autobusem. Z transportu publicznego korzystaliśmy w ostateczność w przypadku całkowitego braku sił, tak dla oszczędności środków, sportu i lepszego poznania miejsca. W Paryżu byliśmy od wieczora 9 sierpnia do poranku 14 sierpnia. Według mnie to idealnie wyważony czas na Paryż zwiedzany na własną rękę. Za nocleg zapłaciliśmy 200 euro/6os/4noce czyli jakieś 8 euro za noc. Mieszkanie mieściło się na ostatnim (szóstym) piętrze w kamienicy. Myślicie sobie: WOW co za cena! Sprostuje to: mieszkaliśmy 6 osób w kawalerce na poddaszu 18m2 ale dla grupy młodych chłopaków nie był to problem. Wchodząc do pokoju w środku nocy, można było zobaczyć jedno wielkie łóżko złożonym z kanapy i materaców. Ostatnią noc spędziliśmy na lotnisku Orly z racji tego, że wylot mieliśmy o 8 rano. Paryż z naszego punktu widzenia wyglądał tak: